Masz plac pełen aut, ogłoszenia na Otomoto lecą, ale profil na Facebooku wygląda jak opuszczony parking. Ostatni post sprzed trzech tygodni. Zasięgi na poziomie "widziała mama i kolega z serwisu". Znam to z autopsji i z rozmów z dziesiątkami dealerów w całej Polsce. Pytanie, które słyszę najczęściej, brzmi tak: robić te social media samemu czy oddać komuś, kto się na tym zna?
Po co owijać w bawełnę — nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Ale są dwa podejścia i każde ma swoje miejsce. Rozłóżmy je na części.
Podejście pierwsze: prowadzisz social media samodzielnie
Innymi słowy — ty albo ktoś z twoich ludzi robi zdjęcia, pisze opisy, wrzuca posty i odpowiada na wiadomości. Bez pośredników.
Co tu gra na plus
- Znasz towar lepiej niż ktokolwiek. Wiesz, że ten Passat B8 ma świeży rozrząd i realny przebieg, a Golfa właśnie po korekcie lakieru. Żadna agencja tego nie wyczuje tak jak ty.
- Reagujesz od ręki. Klient pisze o 21:00 "jest jeszcze ta Astra?" — odpowiadasz od razu, nie po dwóch dniach, kiedy auto już pojechało do kogoś innego.
- Kosztuje mało albo nic. Telefon masz, konto masz. Reszta to twój czas.
- Autentyczność. Ludzie kupują od ludzi. Krótkie wideo z placu w Kielcach, na którym pokazujesz auto własnymi słowami, sprzedaje lepiej niż wypolerowana grafika z banku zdjęć.
A gdzie się sypie
- Czas. To największy problem. Handel autami to nie jest praca od 9 do 17. Wieczorem ostatnie, na co masz siłę, to kombinowanie z kadrowaniem zdjęć pod Instagram.
- Regularność. Zaczynasz z zapałem, wrzucasz trzy posty w tydzień, a po miesiącu profil znowu cichnie. Algorytm tego nie lubi i karze spadkiem zasięgów.
- Jakość zdjęć. Tu się najczęściej wykłada większość dealerów. Auto na tle śmietnika, odbicie w masce, brudne tło, tablica na widoku. Takie zdjęcie nie sprzeda nawet dobrej Toyoty.
I właśnie ten ostatni punkt da się rozwiązać najłatwiej. Zamiast walczyć z Photoshopem, wrzucasz zdjęcie z telefonu do aplikacji dla dealerów samochodowych, która robi retusz, czyści tło i zamazuje tablicę. Masz gotowy, studyjny kadr w minutę. To zdejmuje z prowadzenia social mediów samemu jego najsłabsze ogniwo.
Podejście drugie: zlecasz agencji lub freelancerowi
Płacisz komuś, kto ogarnia treści, harmonogram, grafiki i reklamy. Ty dostarczasz tylko auta i informacje.
Co tu gra na plus
- Regularność bez twojego udziału. Posty wychodzą według planu, niezależnie od tego, czy masz akurat urwanie głowy na placu, czy spokojniejszy tydzień.
- Wiedza o reklamach. Dobra agencja wie, jak ustawić kampanię na Facebooku, żeby dotrzeć do ludzi realnie szukających auta w promieniu 50 km od Wrocławia, a nie przepalić budżet na przypadkowych.
- Spójny wygląd. Jednolita kolorystyka, logo, opisy w tym samym stylu. Profil wygląda profesjonalnie i buduje zaufanie.
- Zdejmuje z ciebie temat z głowy. Możesz się zająć tym, na czym zarabiasz — kupnem i sprzedażą aut.
A gdzie się sypie
- Koszt. Sensowna agencja to od 1500 do nawet 4000 zł miesięcznie plus budżet reklamowy. Dla małego komisu z Radomia, który sprzedaje 8 aut na miesiąc, to spory wydatek.
- Dystans do towaru. Ktoś z zewnątrz nie odróżni realnie zadbanego auta od takiego "na sprzedaż". Opisy bywają ogólnikowe, czasem wręcz mylące.
- Wolniejsza reakcja. Klient pyta o szczegóły, agencja musi to skonsultować z tobą, mija pół dnia. W handlu autami pół dnia to czasem cała różnica.
- Uzależnienie. Rezygnujesz z agencji i profil znowu zamiera, bo cała wiedza była po ich stronie.
Koszty na chłodno
Zróbmy prosty rachunek. Prowadzenie samemu to głównie twój czas — powiedzmy 5-6 godzin tygodniowo, jeśli robisz to porządnie. Agencja to stały wydatek rzędu kilku tysięcy złotych miesięcznie. Ale — i tu ważne "ale" — nie chodzi o to, co jest tańsze. Chodzi o to, co realnie sprzedaje auta.
Jeśli dobre prowadzenie profilu przyniesie ci dodatkowo dwa auta w miesiącu, agencja się spina. Jeśli nie ruszy sprzedaży, nawet 500 zł miesięcznie to za dużo. Więcej o tym, co naprawdę działa w internecie dla handlu autami, pisałem w tekście o promocji autohandlu w internecie.
Facebook czy Instagram — i gdzie to publikować
Niezależnie od podejścia pojawia się pytanie o platformę. Facebook wciąż rządzi w segmencie aut używanych, bo tam siedzi twój klient 35+. Instagram działa lepiej przy autach premium i przy budowaniu marki. Rozłożyłem to dokładniej w artykule o sprzedaży aut przez Instagram i Facebook. A żeby zdjęcia dobrze wyglądały na każdej platformie, przyda się darmowe narzędzie do kadrowania zdjęć auta pod Instagram, Facebooka czy LinkedIn — bez rejestracji, kadrujesz w kilka sekund.
Moja rekomendacja
Szczerze? To zależy od skali — i zaraz wyjaśnię dlaczego.
Jesteś małym komisem albo handlarzem sprzedającym do kilkunastu aut miesięcznie? Rób to samemu. Serio. Autentyczne wideo z placu i porządne zdjęcia zrobią więcej niż wypolerowana agencyjna grafika. Klucz to regularność i jakość zdjęć — a tę drugą załatwiasz aplikacją, która robi retusz za ciebie. Nie musisz umieć fotografować.
Masz większy salon, sprzedajesz 30+ aut miesięcznie i po prostu nie masz czasu? Model mieszany działa najlepiej. Agencja ogarnia reklamy i harmonogram, a ty albo twój człowiek dorzucacie autentyczne treści z placu i szybkie odpowiedzi. Najlepsze z obu światów.
Jedno jest wspólne dla obu dróg: bez dobrych zdjęć żadne social media nie zagrają. Możesz mieć najlepszą agencję i najzgrabniejsze opisy, ale jeśli auto na zdjęciu wygląda blado, klient przewinie dalej. Dlatego niezależnie od tego, co wybierzesz, zacznij od zdjęć. Zobacz, jak działa CarShot krok po kroku — i zdecyduj resztę na spokojnie.
A jeśli chcesz jeszcze bardziej dopiąć proces sprzedaży i dotarcia do klienta, warto rozejrzeć się po narzędziach w rodzaju Proposta.pl — pomagają dealerom skuteczniej domykać transakcje. Ale to już temat na osobny tekst.



