Badania pokazują, że ponad 90% osób szukających używanego auta zaczyna od internetu — zanim w ogóle pomyślą, żeby podjechać na plac. Innymi słowy, twój komis ma pierwszą szansę na sprzedaż na długo przed tym, jak klient przekroczy bramę. I tu zaczyna się problem, bo wielu handlarzy w ogóle nie myśli o tym, jak wyglądają w sieci.
Zastanówmy się nad tym uczciwie. Wizerunek komisu w internecie to nie tylko ładne logo. To suma wszystkiego, co klient widzi, zanim zadzwoni: zdjęcia aut, opisy, opinie, sposób odpowiadania na wiadomości, obecność na social mediach. Da się to budować na dwa sposoby. Pokażę oba — z plusami i minusami — a na końcu powiem, co u mnie się sprawdza.
Droga pierwsza: wszystko na portalach ogłoszeniowych
Najczęstszy scenariusz w Polsce. Komis żyje na Otomoto i OLX, wrzuca ogłoszenia, odbiera telefony, sprzedaje. Żadnej własnej strony, żadnego Instagrama. Cały wizerunek to profil sprzedawcy na portalu i te kilkanaście zdjęć przy każdym aucie.
I wiesz co? To wcale nie jest głupie podejście. Ma swoje mocne strony.
Plusy
- Ruch jest tam, gdzie klienci. Nie musisz nikogo przyciągać — ludzie sami wchodzą na Otomoto z zamiarem kupna. To gorący ruch, nie przypadkowy przechodzień.
- Niski próg wejścia. Zakładasz konto, wystawiasz auto, gotowe. Bez programisty, bez agencji, bez budżetu na kampanie.
- Wszystko w jednym miejscu. Klient porównuje twoje auto z konkurencją na tej samej stronie. Jak masz lepsze zdjęcia i uczciwy opis, wygrywasz na miejscu.
Minusy
- Jesteś jednym z tysięcy. Twój wizerunek kończy się na profilu sprzedawcy, którego prawie nikt nie klika. Klient pamięta auto, nie pamięta komisu.
- Zero lojalności. Ktoś kupił u ciebie fajnego Golfa? Za dwa lata i tak wróci na Otomoto i zacznie od zera, bo nie ma z tobą żadnej relacji.
- Płacisz za każde ogłoszenie. Portal to twój wynajmowany plac. Podnoszą ceny wyróżnień — i nic z tym nie zrobisz.
Po co owijać w bawełnę: przy tej drodze cały ciężar wizerunku spada na jakość ogłoszeń. Jeśli twoje zdjęcia wyglądają jak zrobione telefonem na tle śmietnika, to żaden opis tego nie uratuje. Dlatego pierwsza rzecz, którą bym poprawił, to właśnie zdjęcia — spójne, czyste, w jednym stylu. O tym, jak je przygotować bez studia, pisałem szerzej w tekście o fotografowaniu aut na placu.
Droga druga: własna marka poza portalami
Drugie podejście to budowanie komisu jako marki. Własna strona, profil na Facebooku i Instagramie, może Google Maps z opiniami, może kanał na YouTube z prezentacjami aut. Portale nadal działają, ale są tylko jednym z kanałów, a nie całym światem.
To więcej roboty. Ale gra idzie o coś innego niż pojedyncza sprzedaż.
Plusy
- Budujesz rozpoznawalność. Ludzie zaczynają kojarzyć nazwę. „Ten komis z Wrocławia, co ma zawsze porządne opisy i filmiki” — to działa lepiej niż jakakolwiek reklama.
- Opinie pracują na ciebie. Dobre recenzje na Google to dziś realna waluta zaufania. Klient sprawdza komis, zanim przyjedzie, tak jak sprawdza restaurację.
- Nie jesteś zakładnikiem jednego portalu. Jak Otomoto podniesie ceny, ty masz swoje kanały i ruch, który do ciebie wraca.
- Wyższe marże. Marka pozwala nie schodzić z ceny za każdym razem, bo klient płaci też za pewność, że nie trafi na naciągacza.
Minusy
- To trwa. Wizerunku marki nie zbudujesz w tydzień. Social media wymagają regularności, a efekty przychodzą po miesiącach.
- Trzeba się tym zajmować. Albo ty poświęcasz czas, albo ktoś z ekipy, albo płacisz agencji. Tak czy siak — to koszt.
- Łatwo o niespójność. Jak na stronie masz jeden styl, na Facebooku drugi, a na Otomoto trzeci, to zamiast marki masz bałagan, który szkodzi bardziej niż brak obecności.
Ta droga ma sens szczególnie wtedy, gdy myślisz o komisie długoterminowo. Jeśli dopiero zaczynasz, warto najpierw ułożyć podstawy — o tym jest artykuł o zwiększaniu sprzedaży w komisie, gdzie te dwie ścieżki się przenikają.
Co je łączy — i dlaczego to najważniejsze
Teraz najciekawsze. Obie drogi opierają się na tym samym fundamencie: na tym, jak wyglądają twoje auta na zdjęciach. Bo tak po prostu jest — zdjęcie to pierwsze i często jedyne wrażenie.
Możesz mieć najlepszą stronę i tysiąc obserwujących na Instagramie, ale jak wrzucisz zdjęcia zrobione pod słońce, z tablicą na widoku i śmietnikiem w tle, cała robota idzie w piach. Z drugiej strony — spójne, czyste kadry w jednym stylu robią wrażenie i na Otomoto, i na własnym profilu. Ten sam materiał pracuje wszędzie.
Tu właśnie wchodzi CarShot. Zamiast wozić auta do fotografa albo ślęczeć w Photoshopie, robisz zdjęcie telefonem, a aplikacja czyści tło, poprawia lakier, zamazuje tablice i przycina kadr pod każdy portal i social media. Efekt jest spójny — a spójność to podstawa wizerunku, o którym cały czas mówimy. Jeśli chcesz iść krok dalej i wyróżnić się jednym stylem na wszystkich zdjęciach, przydaje się firmowe tło i branding, który sprawia, że każde ogłoszenie od razu kojarzy się z twoim komisem.
Moja rekomendacja
Szczerze? To zależy od etapu, na jakim jesteś — i zaraz wyjaśnię dlaczego.
Jeśli dopiero rozkręcasz komis i masz mało czasu, zostań na razie przy portalach, ale zainwestuj w jakość ogłoszeń tak, jakby od tego zależało życie. Bo w pewnym sensie zależy. Lepsze zdjęcia, uczciwe opisy, szybkie odpowiadanie na wiadomości. To już buduje wizerunek, nawet bez własnej strony.
Jeśli działasz od kilku lat i chcesz przestać być anonimowym sprzedawcą numer 4738 na Otomoto — czas na drugą drogę. Załóż Google Moja Firma, zbieraj opinie, prowadź Facebooka z tym samym stylem zdjęć co w ogłoszeniach. Nie musisz robić wszystkiego naraz. Jeden kanał, robiony porządnie, jest wart więcej niż pięć zaniedbanych.
A najlepiej? Połącz jedno z drugim. Portale dają ci ruch dziś, marka daje ci klientów za rok. I pod jednym, i pod drugim leżą te same solidne zdjęcia. Zacznij od nich — reszta jest już tylko kwestią konsekwencji.



